Louisa już 3 godziny spacerowała po lesie. Odłączyła się od drogi wyjeżdżonej przez samochód jej ojca i powędrowała wzdłuż wierzb. Obok jej nogi tradycyjnie już od dwóch lat truchtała lekkim krokiem Pointa.
- Ty to zawsze masz w sobie mnóstwo energii, co? - Clark ze śmiechem zwróciła się do swojej podopiecznej. Odpowiedziało jej tylko głośne dyszenie. - Masz, napij się wody. - usiadła na chwilę na pniu drzewa, a z jej pleców zsunęła się torba w kolorach moro, bądź khaki. Przejechała ręką po białej przypince z czarnym odciskiem psiej łapy w środku i wyciągnęła z plecaka plastikową butelkę schowaną w miseczce o tym samym kształcie. Postawiła ją na ziemi i nalała do niej trochę cieczy, po czym sama upiła trochę z butelki. Spojrzała w dół na swoje zniszczone już trochę czerwone trampki i westchnęła. Nie myślała raczej jednak o ich wyglądzie. Bardzo je lubiła. Westchnęła raczej z zadowolenia, że kolejny dzień wykorzystuje w dobry sposób. Że nie siedzi w domu przed telewizorem, ale przeczesuje znany jej od urodzenia las.
- Idziemy? -zapytała suczkę. Jakby tylko potrafiła mówić.. Niczego więcej do szczęścia nie było już jej trzeba. Retrieverka natychmiast wstała i wachlując ogonem zrobiła kilka kroków przed siebie.
- W takim razie idziemy. - kiwnęła z uznaniem wstając. Po kilku krokach usłyszała trzask gałęzi.
- Pointa! - szepnęła zatrzymując tym samym psa.
Odwróciła się do tyłu, w stronę z której dobiegł trzask. Około cztery metry od niej stał jeleń. Sam w sobie. Z wypartą do przodu piersią i wielkim porożem. Patrzyła na niego z zachwytem. Wcale się go nie bała. Nie pierwszy raz, kiedy staje oko w oko z takim zwierzęciem. Uśmiechnęła się do niego szeroko. Wiedziała, że za nią czeka Pointa, która czeka tylko na jeden ruch jej ręki pozwalający zaatakować. Zwierze jednak nie było zbyt chętne do integracji. Nie interesowała go ani Lou, ani złota suka. Kilkoma zwinnymi skokami zniknął zza drzewami.
- Widziałaś?! - odwróciła się do psa. Cały czas merdała puszystym ogonem. - W drogę. - Dziewczyna pokazała jej kierunek, na co ona posłusznie podreptała kilka kroków przed nią. W którymś momencie jednak usłyszała znajomy dźwięk. Na samą myśl o tym, jakie zwierze biegnie drogą, zadrżała. Do ich uszu dobiegł tętent końskich kopyt. Zaraz na drodze miało pojawić się zwierzę, które zginęło razem z jej mamą. Całe szczęście, że stała obok w rowie. Zza zakrętu galopem wybiegł łaciaty koń. Był piękny i.. niebezpieczny. Samo zło. Jechała na nim jakaś dziewczyna. Nie. Nie dziewczyna. Chłopak. Chłopak..? - przez chwilę zastanawiała się, czy aby wzrok nie płata jej figli. Nie zjadła w lesie jakichś trujących jeżyn? Zobaczyła tylko jak jeździec przejeżdżając pod jej nosem patrzy na jej twarz i jego wzrok szybko zjeżdża w dół i z powrotem w górę. Zmierzył ją wzrokiem. Co za tupet. Jednak było co mierzyć. Zniszczone, obłocone czerwone trampki, czarne leginsy na wpół przemoczone, miejscami zielone od trawy i mchu i gdzieniegdzie pokryte jasną, psią sierścią, szara, bardzo luźna bluza z czerwonym logiem jakiejś marki, a na głowie czarna czapka, smerfetka z wymownym LOL naszytym na zawinięciu. No co?! Najwygodniejszy strój na wyprawę do dziczy. Nie wspominając o kawałku gałązki zaplątanym w rozpuszczonych włosach. Pointa nie widząc żadnego znaku ze strony swojej pani, a czując jej strach, po prostu wystartowała za intruzem i w mig dogoniła konia, którego dziewczyna się boi. Zaczęła szczekać potężnym głosem na wielkiego ogiera a ten stanął dęba. W tej chwili Clark zdążyła wyjąć z ciemnych włosów kawałek drewna i pobiec za psem. Chłopak, jak się okazało po głosie, zeskoczył z konia próbując go opanować.
- Zwariowałaś?! - krzyknął z pretensjami w kierunku dziewczyny.