Uwaga!

wtorek, 23 sierpnia 2016

Od Cordian'a

- Zapraszam. - powiedziała, otwierając drzwi. Już chciałem przejść przez próg, gdy koło moich nóg przebiegł pies z wcześniej, mało mnie nie przewracając.
- Waah! - zawołałem, łapiąc się framugi, aby nie upaść.
- Hej! Pointa! Uważaj! - zawołała gniewnie właścicielka psa.
- Pointa? Czyli tak się nazywa ten nieostrożny pies?
- Jedyna nieostrożna osoba tutaj nazywa się Resteez. - uśmiechnęła się delikatnie i przeszła przez drzwi, zostawiając mnie na zewnątrz. Zaśmiałem się cicho i podążyłem za nią. Wnętrze było przyjemnie urządzone. Mimo, że meble były raczej w stylu nowoczesnym i nie stały na nich te niepotrzebne bibeloty jak u mnie, to właśnie drewniane ściany dodawały klimatu temu miejscu.
- Przytulnie tutaj. - powiedziałem, siadając na kanapie.
- Dziękuję. Strasznie jestem głodna. Chodź, odgrzeję nam trochę zupy. Mój tata robi świetną, wiesz?
- Domyślam się. Prowadź. - z niechęcią podniosłem się z miękkiego mebla. Boląca głowa ciągle dawała się we znaki.
 Kuchnia była urządzona równie przyjemnie jak salon. Nowoczesne meble i sprzęty kuchenne. To był chyba jeden z problemów nowoczesności. Potrzebowałem tych technologicznych udogodnień do gotowania, mimo że tak bardzo ich nie lubiłem. No, może oprócz blendera. To fajny przedmiot. Dziewczyna otworzyła drzwi od lodówki i wyciągnęła z niej ogromny garnek, który przeniosła na palnik. Podczas, gdy ona zmagała się z zupą, ja oparłem się na łokciach o stół i obserwowałem jej poczynania.
- Domyślam się, że ty nie gotujesz? - zapytałem spokojnym głosem. Słysząc mój głos, dziewczyna lekko podskoczyła. W ręku trzymała łyżkę z wywarem, którym ochlapała ścianę.
- Co tak nagle się odzywasz? - zapytała, wycierając plany z białych kafelków.
- Ust mi na szczęście nie zszyli.
- Fakt. I gotuję, ale rzadko. To co zrobi mój tata jest najlepsze. - mówiąc to przez chwilę wyglądała jakby się rozmarzyła.
- Heh. Wierzę ci. Sam też gotuję i wiem jaka to mordęga. Choć ja właściwie preferuję desery.
- Umiesz piec ciasta? - zapytała zainteresowana. W odpowiedzi pokiwałem głową.
- Uwielbiam słodycze. Choć co prawda według mnie kiepskie są te wszystkie cukierki i ciastka to kremowe lub biszkoptowe ciasta z dodatkiem owoców lub warzyw są po prostu przepyszne… - teraz to ja odpłynąłem w krainę marzeń.
- Kto głupi dodaje warzywa do ciasta? - prychnęła dziewczyna, mimo wszystko zainteresowana moimi wypiekami.
- A żebyś wiedziała jakie to dobre. Masz coś do picia? - zapytałem, zmieniając temat.
- Em… sok może być?
- Nie.
- Woda?
- Nie.
- ….Herbata?
- Nie.
- …. To może chociaż kawa…. Człowieku! Co ty pijesz? - zapytała wręcz błagalnym głosem.
- Czekoladę. - powiedziałem cicho, bawiąc się znalezioną na stole łyżką.
- Coś oprócz tego?
- Mleko z orzechami… - powiedziałem i nie chodziło mi o mleko orzechowe, lecz o napój do którego zostały wrzucone orzechy (najlepiej migdały) w całości.
- Dziwny jesteś. - prychnęła, przeszukując szafki.
- Wszyscy artyści są. - zaśmiałem się cicho. Chwilę później, dziewczyna postawiła przed moim nosem kubek z ciemnym i słodko pachnącym napojem.
- Mam nadzieje, że księciu będzie smakowała taka z proszku. - powiedziała i wyjęła miskę, do której nalazła zupy. Odsunęła stojące przy stole krzesło i usiadła na nim, naprzeciwko mnie. Patrzyłem się na nią cały czas, z przerwami na napicie się słodkiego napoju. Dziewczyna była interesująca. Nie zareagowała jak jakaś głupia fanka, gdy dowiedziała się kim jestem, a chęć pomocy przeważyła nawet to jak bardzo mnie nie lubiła. Hah, że też nie wiedziałem jakich mam ciekawych sąsiadów. Gdy się tutaj wprowadzałem, miałem wrażenie, że w promieniu kilkunastu kilometrów nikt nie mieszka, a tu…
- Um… Czy mógłbym potem pojechać do domu po mój komputer i inne rzeczy? Mam trochę pracy do zrobienia. - powiedziałem. Dziewczyna podniosła wzrok znad prawie zjedzonej zupy. Odłożyła łyżkę i odniosła naczynie do zlewu.
- Myślisz, że pozwolę ci w takim stanie biegać po lesie? - powiedziała, patrząc na mnie jak na idiotę.
- Heh. Moja praca nie ogranicza się tylko do latania i robienia zdjęć temu co popadnie. Oprócz tego obrabiam również zdjęcia wielu fotografów modeli. Przecież niemożliwe jest, żeby człowiek naprawdę wyglądał tak pięknie, jak w tych wszystkich gazetach. - zaśmiałem się cicho.
- Czyli chcesz swój laptop. Co jeszcze ci przywieźć? - zapytała, zrywając jedną kartkę z wiszącego na lodówce notatnika.
- Tablet graficzny i rysik. Wolałbym jednak sam tam pojechać bo po 1. Nie trafisz do mnie do domu, po 2. jeśli trafisz to w środku od razu się zgubisz, 3. jeśli w środku się nie zgubisz to i tak za chiny niczego nie znajdziesz. - mówiłem, robiąc nieokreślone ruchy łyżeczką.
- Hah! Mieszkam tu od małego, z pewnością ten dom znajdę. A co do reszty to nie martw się, czasami w pokoju też mam straszny burdelownik. - mruknęła.
- Tylko, że wystój mojego domu jest dość… charakterystyczny… - powiedziałem, mocno akcentując to słowo. - Dobra, nie ważne. Jutro pojadę tam z tobą okej? Masz może jakieś leki na ból głowy? - jęknąłem.
- O nie. Lekarz zabronił ci brać jakichkolwiek leków. Twój organizm musi zacząć sam się leczyć. - zakomenderowała poważnym głosem.
- Cholerna opieka zdrowotna. - zakląłem pod nosem. - To mogę się chociaż położyć bo łeb mi pęka?
- Yhym. Chodź. Położę cię na razie u siebie, a jak tata wróci to zdecydujemy gdzie cię ulokować. - to mówiąc opuściła kuchnię, a ja udałem się za nią.
                  Weszliśmy po schodach na górę, a następnie przekroczyliśmy drzwi po lewej. Wystrój pokoju nie różnił się bardzo od całego domu. Wyłożone drewnem ściany, meble w ciepłym kolorze i duże, proste łóżko. Zbliżyłem się do niego i opadłem z jękiem na poduszki. Spojrzałem w sufit. Zdecydowanie byłem przyzwyczajony do mojego łoża z baldachimem, na którym został wyszyty obraz przedstawiający walkę lazurowego smoka z rycerzem.
- Masz fajny pokój. Jest taki… prosty, ale ciekawy na swój sposób. - oceniłem.
- Ah, dziękuję. - zakpiła dziewczyna. Uśmiechnąłem się delikatnie, przypominając sobie te wszystko obrazy i pluszowe zwierzęta rozstawione w moim pokoju.
- Louisa. Dlaczego właściwie mi pomogłaś? - zapytałem. Dziewczyna podeszła do łóżka i usiadła obok mnie.
- Po prostu nie mogę.. przejść obojętnie obok kogoś kto miał wypadek z koniem… - powiedziała cicho, a jej słowa były przepełnione żalem i smutkiem. Postanowiłem dalej nie drążyć tego tematu.
- Wybacz. Strasznie tu duszno, mogłabyś otworzyć okno? - dziewczyna pokiwała głową i zbliżyła się do okna, podczas gdy ja rozpiąłem koszulę, pozwalając by odsłoniła mój brzuch i zacząłem wachlować się ręką. Czułem się okropnie i najchętniej to bym cofnął czas i uniknął tego uderzenia. Choć w sumie… wtedy wszystko potoczyłoby się inaczej. Lou wróciła i usiadła, mierząc mnie wzrokiem.
- Musisz się tak rozbierać?
- Cholernie gorąco tu jest. Przeszkadza ci to?
- Troszkę, ale, leż. Wiedz jednak, że toleruję to tylko z powodu twojej głowy. - powiedziała, dokładnie w tym samym momencie, kiedy drzwi do pokoju się otworzyły.
- Lou, dlaczego w naszym ogrodzie stoi jakiś wielki koń…? - oboje usłyszeliśmy miły, męski głos i zobaczyliśmy zaskoczoną minę wchodzącego do pokoju mężczyzny.